BLOG

Tu będę dla Was pisała krótkie teksty na poprawę humoru.  😉

Cwaniara

– Mąż stwierdził, że weszłam w czwartą fazę depresji – poinformowała mnie Moja Znajoma. – Tak zwaną depresję zimową.

– Czwartą fazę? Zimową? A jakie były poprzednie fazy? – chciałam się dowiedzieć.

– Wiosenna, letnia i jesienna.

Aha.

Znajoma postanowiła w tamtym roku, na wiosnę, że błyskawicznie się odchudzi. Zastosowała dietę o tajemniczej nazwie Kanapka Studencka, co w tłumaczeniu na potoczny język znaczy: chleb posmarowany nożem.  Niestety, nie jest zadowolona z efektów, bowiem po zakończeniu owej diety zastosowała błyskawicznie kolejną dietę:  ŻWCP – Żręwszystkocopopadnie.

Znalazła jednak sposób na smutki i codziennie ogląda telewizję.

– Oglądanie telewizji sprzyja tyciu – powiedziała przerzucając pilotem kolejny kanał. – O, ale na tym kanale,  to ja już w ogóle niczego nie będę oglądała! – podniosła głos Znajoma celując pilotem w ekran.

Miałam zdziwienie na twarzy, więc mi wyjaśniła.

– Słuchaj,  oglądam sobie wczoraj spokojnie z rodzinką reklamy, a tu nagle film!

Prawda, można się wkurzyć.

– Ech – westchnęła i wyłączyła telewizor rozsypując okruchy po ciasteczkach.

Ciekawe, kiedy zjadłyśmy trzy paczki ciasteczek? Siedzimy już dwie godziny i nie znalazłyśmy w telewizji niczego godnego uwagi. Prawdę powiedziawszy mogłyśmy mieć dwie godziny wspaniałego zimowego spaceru, a tak – mamy smętne miny, brzuchy pełne ciasteczek, kwadratowe pośladki i poczucie winy.

– Koniec tego dobrego – zarządziła Moja  Znajoma. – Trzeba spalić zbędne kalorie. Proponuję spacer.

No i poszłyśmy odśnieżać posesję Znajomej.

Cwaniara…

 

Ściśle według zaleceń 

– Zastanawiam się, jak stracić na wadze?  – odpowiedziała Moja Znajoma na pytanie, o czym tak intensywnie rozmyśla.

– Kup wagę drożej, sprzedaj taniej – wyprzedził mnie z odpowiedzią Synek Znajomej.

Niekoniecznie takiej odpowiedzi oczekiwała Znajoma, bo fuknęła na mikrusa wyrywając mu z ręki batonik.

– Szlaban na batoniki! Do odwołania! – zarządziła i błyskawicznie połknęła to, co zostało z batonika.

– Powiem wszystko babci! – wrzasnął  poszkodowany i pobiegł zrealizować groźbę.

Znajoma wyglądała na przejętą.

Ale nie zachowanie Synka tak ją przeraziło.

Przeraził ją  fakt, że batonika nie da się już wypluć.

– Co ja zrobiłam! Przecież jestem na diecie! – biadoliła.

Przez chwilę szperała w torebce pojękując pod nosem. Nagle wymacała coś na dnie i na jaj twarzy pojawił się uśmiech.

– Uff! Są! – pokazała na listek małych tabletek. – Moje tabletki na odchudzanie! – dodała i natychmiast spochmurniała. – Ale one są do dupy! – wyjaśniła dosadnie powód natychmiastowego spochmurnienia i szybko rozglądając się z przestrachem za Synkiem dodała – To znaczy:  do niczego! Nie działają!

– Nie działają ?

– Nie! Łykam i łykam te tabletki, ale nie chudnę!

– To niemożliwe. A bierzesz je tak, jak zalecił ci lekarz?

– Oczywiście. Kazał mi je łykać dziesięć razy dziennie, więc łykam jedną po każdym większym posiłku.

 

Mięśnie męskie 

– Wyobraź sobie, że dziś rano obudziłam się w kuchni na podłodze z pustą paczką po ciasteczkach w dłoni!!!! – zajęczała Moja Znajoma dzwoniąc do mnie dziś z samego rana.

– Myślisz, że ta moja dieta odchudzająca może mieć jakieś skutki uboczne? – zastanawiała się głośno Znajoma. – Jesteśmy z Rybką (pieszczotliwa ksywka Męża Znajomej) na diecie i Rybka też jakoś tak dziwnie się ostatnio zachowuje.

– Dziwnieeee? – zagadnęłam ziewając szeroko.

– No, dziwnie. Poinformował mnie, że przechodzi na dietę płynną – marynarską. Jest to dieta  NDM (Najlepsza Dla Mężczyzny), niczym swego czasu słynna woda po goleniu. Ponoć płynna przyspiesza przemianę materii i oczyszcza organizm w błyskawicznym tempie. I efekty są natychmiastowe.

– No i?

– No i są natychmiastowe. Mąż nic nie je tylko natychmiastowo wlewa w siebie piwo. Brzuch mu urósł ogromny – też natychmiastowo. Ostrzegam Go „Rybko, to nie jest dieta dla Ciebie”. On jednak zapiera się i twierdzi, że jego brzuch wcale nie jest gruby. Mówi, że w ogóle nie ma ogromnego brzucha, tylko ma w tym miejscu ogromny Mięsień Piwny, który na lądzie potocznie nazywa się brzuchem, a poza tym, to Mąż postanowił dużo ćwiczyć i wymodelować sobie wszystkie najważniejsze Męskie Mięśnie.

– Najważniejsze? Męskie? – ze zdziwienia zjechałam z łóżka.

– Tak. Biceps, Triceps i BIERceps.

W ramach płynnej diety Mąż Znajomej wybiera się z kolegami (wspierają Go podczas odchudzania) na żaglówki. A że Rybka lubi pływać…

Dbaj o siebie

– Nie mam szczęścia do mężczyzn – wzdychała Moja Znajoma sącząc napój przez słomkę. – Wydawało mi się, ze Mój Misiek jest ideałem,… do momentu kiedy podsłuchałam rozmowę.

Zaprosił kumpli na kufelek. Kufelek okazał się pojemny, bo panowie błyskawicznie wpadli w doskonały nastrój i zaczęli rozprawiać na ulubiony temat: kobiety. Wszyscy jak jeden mąż narzekali na urodę (a właściwie jej brak) swoich Połowic. Stwierdzili jednogłośnie, że ich kobiety przestały dbać o siebie i teraz straszą w biały dzień.

Jeden koleś powiedział, że jego żona jest tak brzydka, że mogłaby zagrać upiora bez charakteryzacji, drugi pocieszał go, że on ma gorzej, bo jego kobieta jest tak paskudna, jak strach na wróble i Frankenstein w jednym, a trzeci stwierdził, że przy jego dziewczynie, to pryszczata czarownica wygląda jak Miss Word. I tak sobie zrzędzili. Nagle usłyszałam głos Mojego Miśka.

„A moja ma wymiary 90/60/80 …. ” Myślałam, że się przesłyszałam. Tak się mną chwali! Hura! No co prawda troszkę zmyślił te wymiary, myślałam, ale mogę mu to przecież wybaczyć. Nadstawiłam więc uszu i wstrzymałam oddech. „Super!” zaczęli klaskać panowie „To prawie idealnie!”

„Taaaa…” wzdycha Mój Misiek „Ale druga noga jest taka sama.”

 

Kawał

– Jestem wściekła! – wzburzonym głosem przywitała mnie Moja Znajoma – nie mogę się ruszać, tak się obżarłam! Dziś były imieniny koleżanki z pracy i zjadłam spory Kawał tortu. Nawet bardzo spory Kawał! W końcu zasłużyłam na ten Kawał tortu, miałam dziś bardzo pracowity dzień. Odwaliłam naprawdę Kawał dobrej roboty. Postanowiłam wyjść na spacer i przydreptać do ciebie, ale nie przyjdę, bo to przecież Kawał drogi. Pomyślałam, że może potańczę, bo właśnie leciała w radiu muzyczka, taki fajny skoczny Kawałek, ale pokłóciłam się z mężem i nie jestem w nastroju!

– A o co wam poszło? – zmartwiłam się.

– Kawał drania z Niego! Wyobraź sobie, wróciłam właśnie z pracy i opowiadam Mu, że na ulicy niespodziewanie wpadamy na siebie z Luśką… A On mi przerywa i mówi, że te babskie sprawy i plotki w ogóle Go nie obchodzą. „Jak uważasz” – mówię – „Ale lakiernik powiedział, że auto będzie gotowe nie wcześniej, jak za tydzień, bo cały prawy błotnik, to jeden Kawał złomu”

„To chyba jakiś głupi Kawał! ”- wrzasnął mój mąż i wybiegł z domu.

 

Dla przyjaźni

 

– O, to ty! – przywitałam Lusię, Moją Starą Dobrą Znajomą, która po długich namowach zgodziła się łaskawie jeszcze raz wystąpić w moim felietonie.

„Czego się nie robi dla przyjaźni” powiedziała wyrażając zgodę. Lusia właśnie przybyła do mnie w celu zrelacjonowania szczegółów imprezy, zorganizowanej przez jej przyjaciółki w celu Wzajemnego Wspierania Się Podczas Diety.

– I jak się udało przyjęcie? – zagadnęłam.

– Na  obiad było 980 kalorii a na deser 660 – odpowiedziała jednym tchem.

Szybko policzyłam w pamięci. Oo! Niespecjalnie się bawiła.

W progu poczęstowałam ją wodą mineralną (0 kalorii), zauważając wdzięczność w jej wzroku.

– Chociaż ty mnie rozumiesz – stęknęła płaczliwie.

Rozumiem. Lusia jest na diecie pod tytułem: „1200 kalorii dziennie”.

– Na imprezie siedziałam głodna, zrozpaczona i wściekła. – smuciła się Lusia – Moje przyjaciółeczki wszędzie nastawiały różnorakich ciast, czekoladek, ciasteczek, wafelków i cukierków. Przeżywałam tortury i każdy, kto to zauważył, starał się mnie pocieszyć albo rozśmieszyć opowiadając jakiś dowcip.

– Dowcip? To chyba dobrze, nie? – ucieszyłam się.

– Dobrze, dobrze – przedrzeźniała mnie Lusia – Posłuchaj tego: – i zaczęła opowiadać jeden z zasłyszanych na przyjęciu dowcipów.

„ Przepiszę pani te tabletki – powiedział lekarz pacjentce z olbrzymią nadwaga.
– Dobrze, panie doktorze. Jak często mam je zażywać?

– Nikt ich pani nie każe zażywać. Proszę je rozsypywać na podłogę trzy razy dziennie i podnosić po jednej.”

Parsknęłam śmiechem. Lusia zmroziła mnie wzrokiem.

– Mogę ci opowiedzieć jeszcze kilka, jak się tak dobrze bawisz. – burknęła – Ale dość tego! Od jutra, oprócz diety, będę jeszcze ćwiczyć. – zmieniła nagle temat – Zapisałam się wczoraj, za namową moich przyjaciółek, na aerobic, spinning, body art, ball&stretch, body ball, fitness first, wake up ,ball &stretch, total body condition, body zone, body sculpt, aerobom, fatburning, step&tone, hardcore… – na chwilę przerwała potok słów – A … dzisiaj idę zapisać się na kurs języka angielskiego, żeby wiedzieć, na co się zapisałam wczoraj – dodała rozbrajająco.

Zaprosiłam Lusię do salonu, bo prawdę mówiąc, chciałam jeszcze usłyszeć kilka dowcipów, które mi obiecała. Chowałam więc w pośpiechu różnorakie ciasta, czekoladki, ciasteczka, wafelki i cukierki, które wcześniej przygotowałam z myślą o odwiedzinach Lusi.

Czego się nie robi dla przyjaźni.

 

Z pamiętnika Męża Mojej Znajomej – Cd.

Wciąż się odchudzamy. Według Żony – bez efektów. No nie zupełnie bez efektów, bo u Żony pojawił się znowu efekt jojo, o czym poinformowała mnie dziś rano schodząc z wagi. Zarządziła głodówkę. Wredna! To znaczy Żona – zarządziła, a wredna oczywiście – waga.

Intensywne odchudzanie trwa już trzeci miesiąc. Żona zaproponowała dla złagodzenia stresu związanego z traceniem zbędnych (dlaczego zbędnych?) kalorii kolorowe nazwy dla tych miesięcy.

Pierwszy miesiąc nazywał się Czerwony.

Jedliśmy tylko to, co było czerwone. Mogliśmy jeść do woli papryczki, pomidorki, jabłuszka, porzeczki, arbuziki, buraczki. Nie mogliśmy jeść różowiutkiej piersi z kurczaka i indyka, bo okazało się, że to Białe mięso. W sumie, nie było tak źle, bo w tajemnicy przed Żoną zajadałem (bez wyrzutów sumienia) mięsko – Czerwone oczywiście.

Drugi miesiąc nazywał się Żółty.

Hura! Mogę jeść melony! W miesiącu Żółtym było już nieco gorzej, bo okazało się, że makaron wcale nie ma koloru żółtego, tylko beżowy czy jakiś ekri. Piwo jest pomarańczowe, czasami brązowawe lub buro-brunatne ze złotymi refleksami. A żółtko też nie jest żółte tylko cytrynowe. Natomiast cytryna jest owszem żółta.Moja Żona jest chyba daltonistką.

Trzeci miesiąc jest Zielony.

Dobrze, że kolor zielony ma takie uspokajające działanie na człowieka, bo jakbym… pieprznął tą sałatą w tę natkę pietruszki! Na szczęście schowałem sobie w salonie za zasłoną kawałek mięsa z Czerwonego miesiąca. Niestety, mięsko leżało poza lodówką i teraz pięknie pasowało do Zielonego miesiąca. Podobnie jak kromka chleba z pasztetem (żółtym) szczelnie zawinięta w woreczek i schowana pod łóżkiem.

Następny miesiąc ma być Biały.

Mięso drobiowe odpada, bo jest różowe. Białe mięso jest różowe!!! Żona stwierdziła, że jestem daltonistą. Na dzisiaj muszę kończyć, bo za chwilę mam wizytę u lekarza. Żona umówiła mnie do okulisty.

 

Zazdrosna żona

Wczoraj podsłuchałam rozmowę  dwóch panów – Mojego Męża z Mężem Mojej Znajomej. Powiecie, że brzydko podsłuchiwać. Macie rację, ale już po pierwszym zdaniu, które usłyszałam wiedziałam, że nic mnie nie skłoni do rezygnacji z podsłuchiwania.

– Moja żona jest koszmarnie zazdrosna! – usłyszałam głos Męża Znajomej. – Wyobrażasz sobie? Jest zazdrosna o karpia!

– Jak to… o karpia? – nie rozumiał Mój Mąż.

– Wszystko zaczęło się podczas kolacji wigilijnej. Tradycyjnie po zjedzeniu barszczu z uszkami, kapusty zasmażanej z pieczarkami i pierożków z kapustą poprosiłem o smażonego karpia. No i się zaczęło! Żona rozszlochanym głosem stwierdziła, że mam ją przecież wspierać w walce o linię. A ja bezczelnie zamierzam jeść karpia na jej oczach i że ona będzie zazdrosna! No i wiesz, stary (to do Mojego Męża), nigdy nie podejrzewałem, że w małżeństwie nastaje taki czas, kiedy żona staje się zazdrosna o karpia. Mało tego! Przez kolejne dni świąteczne dowiedziałem się, że nie tylko o karpia! Rozumiesz coś z tego?

Po ciszy, jaka nastała wywnioskowałam, że Mój Mąż doskonale rozumie.

– Kobiety nie są zazdrosne jedynie o wodę mineralną – usłyszałam pocieszenie i wyrozumiałość w głosie Mojego Męża.

 

z pamiętnika Męża Mojej Znajomej…

Czytaj! – ryknął gruby brulion głosem Mojej Znajomej zaraz po tym, jak otworzyłam drzwi wejściowe mojego domu po usłyszeniu dzwonka. Nie śmiałam protestować i rzuciłam okiem na brulion:

Nazywam się całkiem zwyczajnie – Mąż Znajomej i nie jestem w formie. Z nostalgią i tęsknotą wspominam moje kawalerskie czasy. Kiedyś chyba o nich napiszę. Tytuł będzie brzmiał: „Życie przed śmiercią, czyli moje kawalerskie czasy”. Nadam sobie tylko jakiś obco brzmiący pseudonim artystyczny, bo Moja Żona mogłaby to przeczytać, a ona wszystko bierze na poważnie.

Żona ciągle dba o linię. O moją linię! Ja uważam, że moja linia jest niczego sobie. Żona twierdzi, że się źle odżywiam, roztyję się i rozchoruję. Lekarz natomiast mówił mi, że mam żelazne zdrowie, a Żona na to, że teraz już wszystko jasne, dlaczego tyle ważę.

Żona jest na mnie obrażona. Zaleciła mi ścisła dietę! I co pół godziny pyta, czy tę dietę stosuję. Nie stosuję! Nie zamierzam zagłodzić się na śmierć, żeby żyć rok albo dwa dłużej! Ale o tym sza!

Wczoraj żona skarżyła się, że się wyjątkowo źle czuje. Cały dzień nic nie jedliśmy, bo wieczorem miało być ważenie. Zadzwonili Nasi Znajomi zapraszając nas do siebie na kolację. Żona odmówiła. Słyszałem, jak mówiła do telefonu, że Ona chętnie, ale nie przyjdziemy, bo Ja się niespecjalnie dziś czuję!

Ja!!!!

Żona się do mnie nie odzywa. Odkurza, ściera kurze, pierze, prasuje, gotuje … za chwilę przyjadą do nas Nasi Znajomi. Taka niespodzianka, skoro my do Nich nie możemy.

Ja leżę, bo przecież się źle czuję. No i  nie mogę pozwolić, by Moja Kochana Żona wyszła na kłamczuchę.

 

Dziwak 

– Byłam wczoraj u lekarza – zaczęła konspiracyjnym szeptem Moja Znajoma zbliżając usta przysłonięte dłonią do mojego ucha na jakimś BWSSZ (Bardzo Ważnym Spotkaniu Samych Znajomych). – Ale, jak o tym napiszesz, to nie będę już Twoją Znajomą! – zagroziła.

Obiecałam Jej więc, że o tym nie napiszę.
Zaproponowałam w zamian, że napiszę po prostu, że to Jakaś Inna Moja Znajoma była u Jakiegoś Innego lekarza.
Zgodziła się.
Ostrożności nigdy za wiele, piszę to z duszą na ramieniu, bowiem zdarza się Mojej Znajomej czasem sięgać po słowo pisane.

Po BWS… (Bardzo Ważnym Spotkaniu itd.) zaprosiłam Znajomą na kawę. Zżerała mnie babska ciekawość (ale tylko trochę), po co też Moja Znajoma była u lekarza i dlaczego tak ważna informacja nie może trafić do mediów.

– Postanowiłam schudnąć i poszłam po poradę do lekarza – zdradziła mi wreszcie, o co chodzi Znajoma (oczywiście Inna Znajoma – nie Ta).
– Aha – poczułam się nieco rozczarowana – no i … – zachęciłam Znajomą, aby ujawniła nieco więcej szczegółów.
– No i zadawał mi pytania, a po każdej mojej odpowiedzi robił dziwne miny.
– Dziwne miny? – zainteresowałam się – a o co cię pytał?
– No, na przykład, zapytał, jaka była moja największa waga? To mówię, że taka mniej więcej 35 na 25 centymetrów, kwadratowa, bo mi się inna nie mieści w łazience – no, wiesz przecież, jaką mam małą łazienkę. A on robi dziwne miny i mówi, że nie o to mu chodzi. I pyta, ile najwięcej ważyłam kilogramów? Aaaa! Oświeciło mnie i mówię szczerze, że sto dwadzieścia kilo. Coś zapisał i pyta znowu, tym razem, jaką miałam najmniejszą wagę – teraz mnie już nie zaskoczył, bo wiedziałam, o co mu chodzi. I wiesz jaką zrobił znowu dziwaczną minę, gdy odpowiedziałam zgodnie z prawda, że trzy kilo dwieście pięćdziesiąt?

Faktycznie – jakiś dziwak.

Wsparcie 

 

– Żebym mogła bez stresu schudnąć, musi się w to zaangażować cała rodzina – stanowczo poinformowała mnie Moja Znajoma robiąc z Mężem obfite zakupy w pobliskim warzywniaku.

Po sympatycznej wymianie serdeczności i wyrażeniu zachwytu nad dzisiejszą pogodą przeszłyśmy do sedna sprawy, czyli szeroko pojętego wsparcia w rodzinie podczas diety.

– Mówię ci – tak to się można odchudzać! – opowiadała zadowolona Znajoma popychając przed sobą ogromny bukiet (wszelkiej dostępnej o tej porze roku) zieleniny, do którego solidnie doczepiony był Mąż Znajomej.

– Wszyscy zajadamy to samo i nikomu nie jest przykro, a ja spokojnie mogę zrzucić moje zbędne kilogramy – no, potwierdź kochanie!

– mhmmm – potwierdził bukiet zieleniny głosem Męża Znajomej.

Dowiedziałam się też, że w ramach jeszcze skuteczniejszego wsparcia diety Mąż Mojej Znajomej prowadzi PWPO (Pamiętnik Wsparcia Podczas Odchudzania), spisując sukcesy Znajomej.

Poniedziałek

Żona postanowiła, że nasza rodzina przechodzi na dietę i rozczulająco zgodziła się, żebym teraz ja  też to postanowił. Postanowiłem. Na obiad był szpinak, na kolację sałata. Miałem lekki sen.

Wtorek

W dalszym ciągu delektujemy się szpinakiem rozprawiając na temat zawartości w nim żelaza.

– W duszonej wątróbce z cebulką też jest żelazo – zasugerowałem, po czym zostałem zbesztany, że jej nie wspieram – żony oczywiście, nie wątróbki.

Środa

Dziś w ramach wsparcia zaproponowałem umycie lodówki. Chyłkiem wyjadłem resztki musztardy i chrzanu, a dwa plastry cytryny schowałem sobie pod poduszkę. Na czarną godzinę. Obok makaronu gwiazdki.

Żona wyszła na spacer … do łazienki. Po stęknięciu, jakie usłyszałem, domyśliłem się, że odwiedziła wagę. Żona zaparła się, że to nie on  stękała. Dziwne.

Czwartek

Dziś miałem smaczny sen. Śnił mi się prawdziwy kotlet. Siedziałem sobie, a przede mną suto zastawiony stół. Właśnie miałem skonsumować kotleta, gdy obudziłem się ssąc suchy plaster cytryny.

Piątek

Nasz Syn odmówił dziś zjedzenia zdrowego szczypiorku z pożywnym koperkiem na zielonej sałacie tłumacząc się, że mamusia i tak mu cały czas powtarza, że ma zielono w głowie, więc nie będzie pogarszał sytuacji.

Zniknął mój makaron gwiazdki spod poduszki. Syn czy Żona? Dla własnego bezpieczeństwa nie pytałem.

Sobota

Dziś u znajomych ukradłem z wózka ich niemowlaka biszkopt. Brzydzę się sobą.

Niedziela

Schudłem 3 kg. Żona się obraziła, że nie może na mnie polegać.

 

Bieganie

Prawdę powiedziawszy, to w ogóle nie miałam o tym pisać.

Jednak siła perswazji Mojej Znajomej okazała się mocniejsza od moich argumentów.

– Niech będzie ku przestrodze! – zachęcała mnie.

Ciekawe, ku czyjej?

Byłam świadkiem rozmowy Znajomej z Jej Mężem i od tego wszystko się zaczęło.

– Kochanie, jak ci smakował obiad, który dziś ugotowałam? – zapytała słodko Znajoma Swojego Męża podczas miłego sobotniego Spotkania Wśród Znajomych.

– Dlaczego ty stale dążysz do kłótni?! – odpowiedziało Kochanie.

Od tamtej pory Kochanie przeszło na obowiązkową dietę. Bynajmniej nie samo o tym postanowiło.

Postanowiło natomiast samo, że przy okazji diety trochę  poćwiczy. Ale samemu – to nudno, więc namówiło  kumpla.

Podjęli męską decyzję.

– Od dzisiaj zaczynają treningi. To znaczy, od jutra – zakomunikowała Znajoma – zaparli się, a Mój Mąż zapowiedział, że pokaże mi, jak powinno się skutecznie odchudzać i systematycznie ćwiczyć.

Jutro będą biegać po lesie.

– A dlaczego dopiero jutro? – zastanawiałam się zerkając na zegarek – 9.00 rano.

– No, bo Misio (Mąż Znajomej) oddał samochód do myjni, a las jest za miastem i nie mieli czym dojechać. Z kolei samochód kumpla zabrała jego żona, żeby pobiegać po parku.

Niestety, biegi Misia odwlekły się nieco w czasie, bowiem na drugi dzień Znajoma musiała pojechać samochodem pobiegać ze mną po sklepach.

Kumpel zaś musiał pobiec do mechanika, gdy tylko jego żona wróciła z biegania po parku.

 

Wpływ bioder na piersi

–  Nie, te sukienki też mi nie pasują! Ta ma brzydki nadruk, ta jest niewygodna, ta ma dziwny fason, ta jest z gryzącej tkaniny, ta mi krępuje ruchy, ta ma za duży dekolt, a ta za mały, ta jest za krótka, a ta za długa, ta ma nie taki kolor, a …

– Czy pani przywiązuje AŻ TAKĄ wagę do stroju? – przerwała nieśmiało zamęczona fochami Znajomej ekspedientka.

– Nie, raczej strój do wagi – odpowiedziała ponuro Moja Znajoma odrzucając, bodajże dwudziestą sukienkę.

– To może pani przymierzy po prostu większy rozmiar? – zaproponowała przyjaźnie sprzedawczyni.

– Większy rozmiar? Pani mi sugeruję, że jestem GRUBA? – naindyczyła się Moja Znajoma.

Znajoma uparła się, że tego lata będzie nosić rozmiar 36, no ewentualnie 34. Trenowała po swojemu coś na kształt jogi w celu odnalezienia motywacji. Zaangażowała także Swojego Męża, który Ją miał dzielnie wspierać w czasie treningów. Całymi dniami medytowała i wykonywała asany. Ulubioną asaną okazało się stanie na głowie. Znajoma cały czas kontemplowała swe życie. Odwracała uwagę od jedzenia stojąc  na głowie.  Zwłaszcza w porach posiłków. Niestety przerwała treningi, gdy pewnego dnia Jej Mąż, kolejny raz, zamiast obiadu, miał razem z Nią stać na głowie ucząc się trudnej sztuki koncentracji. Mąż Znajomej tego dnia nie mógł się skoncentrować, rozpraszał też Znajomą. Według Znajomej „za głośno burczało mu w brzuchu”.  Mąż się wściekł, stanął twardo na nogach i oznajmił Znajomej, że „sadło z tyłka chyba spływa jej do mózgu”. Znajoma również stanęła na nogi i stwierdziła ze smutkiem:

– No, a miało spłynąć do biustu.

Teraz  zastosowała już pewną i  skuteczną, według niej, metodę na szybkie schudnięcie. Kupuje za małe i za ciasne ubrania i  wiesza je w domu, w widocznym miejscu. SIEDZI i napawa się ich widokiem. Taki rodzaj mobilizacji.

Efekty? Jak tylko rano otworzy oczy, widzi seksowną spódniczkę. Wyskakuje radośnie z łóżka i wskakuje w spódniczkę. Uśmiech promienieje na jej twarzy do momentu próby przeciśnięcia spódniczki przez biodra. Z mniejszym entuzjazmem próbuje założyć spódniczkę przez głowę. Tu humor się pogarsza, bo spódniczka z łatwością prześlizguje się przez klatkę piersiową. Rozmiar się zmniejszył, ale stanika.

 

Słaba silna wola

Znajoma w ramach odchudzania postanowiła zrezygnować z jazdy samochodem na korzyść spacerów i komunikacji miejskiej. Wszędzie chodzi, a jeżeli już musi gdzieś dojechać, to jedzie autobusem i wysiada cztery przystanki za wcześnie, żeby resztę trasy pokonać spacerkiem. Z samochodu korzysta sporadycznie. Z zadowoleniem zauważyła już poprawę w swoim wyglądzie. Pewnego dnia przychodzi do domu i radośnie informuje Męża:

– Wiesz co, kochanie, w autobusie ustąpiło mi miejsce trzech mężczyzn!
A Mąż na to:
– I co, zmieściłaś się?

Znajoma zaparła się w swoim postanowieniu i z determinacją rozpoczęła drastyczną dietę. Intensywnie ćwiczy. Zmieniła nawet trasę jazdy do pracy, tak, aby omijać szerokim łukiem swoją ulubioną cukiernię. Poinformowała o tych zmianach Wszystkich Znajomych i poprosiła o wsparcie z ich strony. Jednakże pewnego dnia, Współpracownicy zauważyli, że przyszła do biura uśmiechnięta taszcząc w jednej ręce ogromną torbą pełną ciasteczek, babeczek i  rogaliczków a w drugiej dźwigała wielki tort! Zaatakowana przez Wspomagających Znajomych od razu się wytłumaczyła:

– O nie, nie kochani! Nic z tych rzeczy! To wyjątkowe wypieki! Ze względu na zamkniętą ulicę musiałam przejechać obok mojej ulubionej cukierni. Gdy spojrzałam na wystawę, zobaczyłam te cudeńka!. Pomyślałam więc sobie „Boże, jeśli twoją wolą jest, bym skosztowała tego rarytasu, spraw, bym znalazła miejsce do zaparkowania tuż przed cukiernią”. Nie uwierzycie – znalazłam to miejsce już za ósmym okrążeniem!

 

Grill u Znajomych 

Moja Znajoma zaprosiła nas na grilla. Miało być majowo, domowo, tłusto i niezdrowo czyli cudownie.

Panowie popijali przeróżne napoje kufelkowe, a Panie sączyły colę light, która nie miała nawet pół kalorii, sądząc z ilości wody, którą do niej dolano.

Przy grillu stał Mąż Znajomej i dopieszczał nad paleniskiem bladziutkie polędwiczki, które w niedługiej przyszłości miały stać się złociste i chrupiące. Mąż Znajomej od dawna nosił  dumne miano „Mistrz grilla” i tego dnia postanowił udowodnić licznie zaproszonym gościom, że na to miano w pełni zasługuje.

Znajoma oczywiście dzielnie Mężowi pomagała, asystowała przy każdej potrawie obdarowując cennymi poradami.

– Kochanie – rozlegał się co chwilę słodki głoś Znajomej – przerzuć te mięska na drugą stronę, bo spalisz, jak ostatnio. Kochanie, podrzuć węgielków, bo ci znowu zgaśnie. Kochanie, oj, nie polałeś mięsek oliwą i ci znowu zeschną. Serdelku, tyle razy ci mówiłam, żebyś posypywał ziołową przyprawą do grilla a nie jakąśtambylejaką. No, Kochanie, nie rób takiej miny! Pamiętasz, jak  było ostatnio? Nie posoliłeś i wszystko smakowało jak papier. Nie patrz tak na mnie, tylko idź już i przerzuć te mięska, bo się nierównomiernie zarumienią.

Kochanie z miłym uśmiechem ruszyło przerzucać mięska.

– Uważaj Serdelku – wdzięczyła się Znajoma do Męża – nie trzymaj tego mięska tak wysoko, bo ci wszystko spadnie na piasek, jak wtedy, gdy byli Moi Rodzice.

Serdelek wykrzywił usta w uśmiechu i posłusznie położył mięska na grillowej kratce.

– Serduszko – to znowu Znajoma do Męża – przynieś Kochany kiełbaski, tylko je dokładnie ponacinaj. Woda utleniona i plastry opatrunkowe są w łazience za lustrem.  A i jeszcze po drodze weź szklanki do soków, są na górnej półce w kuchni.

Serduszko udało się do domu. Za moment usłyszeliśmy przeraźliwy huk i kilka słów, których tu nie będę cytować ze względu na ewentualnych czytelników niepełnoletnich.

– Kochanie – pogodnie zawołała Znajoma w stronę domu – w takim razie weź kubeczki plastikowe! No i zamów pizzę – dodała spoglądając w kierunku grilla.

 

Optymistka

– Jestem na 90- dniowej diecie! – pochwaliła się z dumą Moja Znajoma.

– I jakie efekty? – zainteresowałam się .

– Jak dotąd straciłam 45 dni. 

No właśnie. Najtrudniej jest się zmobilizować i wytrwać w postanowieniu. Nie pomogą żadne cudowne diety, jeśli nie zmienimy nawyków żywieniowych. Wie o tym Moja Znajoma.

– Słuchaj, ja mam chyba słabą silną wolę – poinformowała mnie demonstrując fałdy na brzuchu. Nawet taka zwykła, delikatna czekolada okazała się silniejsza ode mnie.

Moja Znajoma przeszła na dietę czekoladową. Dieta ponoć jest rewelacyjna, zwłaszcza dla tych, co nie mogą bez czekolady żyć. Znajoma szykowała sobie, według zaleceń diety, posiłki z góry na dwa dni. Niestety zjadała porcję przeznaczoną na następny dzień już wieczorem tego samego dnia. „Żeby się nie zmarnowało” tłumaczyła się.

– No i co ja mam teraz zrobić? – płakała – Nawet nie wiesz, jak mi ciężko. Chyba zażądam odszkodowania! Może to była dieta dla tych, co chcą przytyć, a nikt mnie o tym nie poinformował!? Mój lekarz powiedział, że widzi dla mnie tylko jedno rozwiązanie. Zaproponował mi naklejenie plastrów odchudzających. Jego zdaniem moje usta są jedynym skutecznym miejscem aplikacji! Jestem zrozpaczona. Nie to co Lusia. A widziałaś ostatnio Luśkę? – zmieniła nagle temat Znajoma – Ta to się roztyła i niczym się nie przejmuje! Pytam się jej czy przypadkiem nie ma problemów z nadwagą? A ona się uśmiecha i mówi:

– Nie. Nie mam problemów z nadwagą. Mam jedynie problem z zapięciem spodni.

Optymistka!